Wakacje kojarzą się nam ze spokojem, albo raczej  z nadzieją na to, że spokój będzie nam podczas wymarzonego wypoczynku towarzyszył. Szukamy idealnych miejsc, warunków, które mają zaoferować nam to, czego nie doświadczyliśmy, albo za czym tęskniliśmy przez  cały rok pracy. Wakacje mają nas nakarmić, nasycić, napełnić nam nadwyrężone akumulatory. Tak dużo po nich się spodziewamy, tak wielkie pokładamy w nich nadzieje, że najczęstszym produktem ubocznym wakacji, jest rozczarowanie. I zmęczenie. Zmęczenie walką, wysiłkiem włożonym w to, żeby dostać właśnie dokładnie to, czego chcemy, co sobie wymyśliliśmy, co musi się wydarzyć. W tej determinacji jest napięcie, które z góry pozbawia nas możliwości oddechu i spokoju. Odbiera nam możliwość przyjęcia tego co się zdarza, niespodziewanych okoliczności, urokliwych niespodzianek i zaskoczeń, które są źródłem radości i odprężenia. Taka postawa usztywnia nas, generuje lęk, że wydarzy się coś, co pokrzyżuje nam nasze misterne plany…

 

Tak bardzo boimy się, że nie uda nam się wystarczająco wypocząć, zrelaksować, zaznać spokoju, że jesteśmy napięci, rozdrażnieni, walczymy za wszelką cenę z okolicznościami, zamiast je przyjąć i spróbować zaakceptować.

 

A spokój i oddech możemy odnaleźć przecież przede wszystkim w sobie – bez względu na to, czy jesteśmy na deszczowej, a nie słonecznej plaży. Piękne miejsca mogą nam w tym pomagać, ale jeśli nosimy w sobie napięcie, żadne, najbardziej urokliwe zakątki, nie złagodzą w nas naszego wewnętrznego głosu. Zanim więc gorączkowo zaczniemy planować wakacje – jakie mają być, gdzie musimy pojechać, żeby się udały(jeśli jeszcze tego nie zrobiliśmy albo z nich wróciliśmy) – zajrzyjmy w głąb siebie i sprawdźmy, czy niezależnie od tego, co się uda z naszych planów , a co umknie naszej kontroli, umiemy cieszyć się tym co po prostu jest.