To był jeden z najtrudniejszych powrotów do rzeczywistości, z jakimi przyszło mi się zmierzyć. Za oknami samochodu pogoda szalała, doskonale odzwierciedlając emocje kotłujące się we mnie: deszcz, słońce, burza, grad, upał, a w środku tego wszystkie zalana łzami ja. Bo tych pięć dni minęło bezpowrotnie, a jedenaście osób, początkowo zupełnie obcych, a finalnie bliższych niż niejeden długoletni znajomy, rozjechało się po Polsce.
Na temat treningu interpersonalnego nie miałam właściwie żadnego wyobrażenia. Przeczytałam sporo na jego temat, ale ostatecznie, mimo obszernych informacji, obraz się nie klarował. Powtarzające się w opisach pojęcia takie jak: emocje, samoświadomość, reakcja, interakcje itp. nie wydawały mi się czymś, z czym czułam, że mam problem i co wydawało mi się mogę udoskonalić, więc do kwestii treningu podeszłam z ogromną ciekawością, ale też pewnego rodzaju lękiem, który rósł w miarę zbliżającego się terminu wyjazdu.

Początkowo miałam ogromne wątpliwości czy jestem we właściwym miejscu i mimo, że przypuszczalnie nie da się nie pasować do okoliczności, pojawiały się napastliwe myśli o spakowaniu manatków i powrocie do domu.
Zostałam. Mimo przyprawiającej o konwulsje śmiechu „piramidy siły”, w której telefony traciły zasięg, upierdliwie trzeszczącego w sali klimatyzatora i wątpliwie smacznej kawy rozpuszczalnej,  za której smak oddałabym w tej chwili bardzo wiele.

Pierwszy dzień był trudny. Na 25m2 jedenaście obcych sobie osób, a na dodatek każdy ze swoją „tarczą”, jakby przyszykowany się na wojnę. Ale wspólne godziny i dni mijały, a ja miałam wrażenie, że tarcze opadają, że widzę coraz więcej, coraz wyraźniej i że sama w tym wszystkim staję się bardziej prawdziwa; że szkoda energii, by tą tarczę dźwigać. Coraz więcej czułam: coraz więcej się śmiałam, coraz więcej płakałam, momentami kipiałam ze złości, albo bezradności; czułam dudniące, szalejące serce. Potem przychodziła ulga i spokój. Istna parada emocji, wyzwalająca jak nic do tej pory. Jak terapia odchudzająca wewnętrzne napięcie.

Określenie „niepowtarzalność” wydaje mi się najodpowiedniejszym słowem definiującym to wydarzenie, bo to właśnie wtedy, w tym miejscu, znalazły się dokładnie te, a nie inne osoby, czyniąc to spotkanie wyjątkowym nadając mu unikatowy rytm. Tęsknię za nimi, ale czuję też ogromną siłę tego, że prawdopodobnie nigdy ich nie spotkam. Jestem wdzięczna za wszystko, co od nich otrzymałam i mam nadzieję, że oni również skorzystali na mojej obecności.

Bańka alternatywnej rzeczywistości, w której byłam prysła, ale ja pierwszy raz od dawna poczułam, że żyję.

 

[autor: Basia Pomarańska]