Trening interpersonalny, czyli niezwykła podróż

2 sierpnia 2018

To był jeden z najtrudniejszych powrotów do rzeczywistości, z jakimi przyszło mi się zmierzyć. Za oknami samochodu pogoda szalała, doskonale odzwierciedlając emocje kotłujące się we mnie: deszcz, słońce, burza, grad, upał, a w środku tego wszystkie zalana łzami ja. Bo tych pięć dni minęło bezpowrotnie, a jedenaście osób, początkowo zupełnie obcych, a finalnie bliższych niż niejeden długoletni znajomy, rozjechało się po Polsce.
Na temat treningu interpersonalnego nie miałam właściwie żadnego wyobrażenia. Przeczytałam sporo na jego temat, ale ostatecznie, mimo obszernych informacji, obraz się nie klarował. Powtarzające się w opisach pojęcia takie jak: emocje, samoświadomość, reakcja, interakcje itp. nie wydawały mi się czymś, z czym czułam, że mam problem i co wydawało mi się mogę udoskonalić, więc do kwestii treningu podeszłam z ogromną ciekawością, ale też pewnego rodzaju lękiem, który rósł w miarę zbliżającego się terminu wyjazdu.

Początkowo miałam ogromne wątpliwości czy jestem we właściwym miejscu i mimo, że przypuszczalnie nie da się nie pasować do okoliczności, pojawiały się napastliwe myśli o spakowaniu manatków i powrocie do domu.
Zostałam. Mimo przyprawiającej o konwulsje śmiechu „piramidy siły”, w której telefony traciły zasięg, upierdliwie trzeszczącego w sali klimatyzatora i wątpliwie smacznej kawy rozpuszczalnej,  za której smak oddałabym w tej chwili bardzo wiele.

Pierwszy dzień był trudny. Na 25m2 jedenaście obcych sobie osób, a na dodatek każdy ze swoją „tarczą”, jakby przyszykowany się na wojnę. Ale wspólne godziny i dni mijały, a ja miałam wrażenie, że tarcze opadają, że widzę coraz więcej, coraz wyraźniej i że sama w tym wszystkim staję się bardziej prawdziwa; że szkoda energii, by tą tarczę dźwigać. Coraz więcej czułam: coraz więcej się śmiałam, coraz więcej płakałam, momentami kipiałam ze złości, albo bezradności; czułam dudniące, szalejące serce. Potem przychodziła ulga i spokój. Istna parada emocji, wyzwalająca jak nic do tej pory. Jak terapia odchudzająca wewnętrzne napięcie.

Określenie „niepowtarzalność” wydaje mi się najodpowiedniejszym słowem definiującym to wydarzenie, bo to właśnie wtedy, w tym miejscu, znalazły się dokładnie te, a nie inne osoby, czyniąc to spotkanie wyjątkowym nadając mu unikatowy rytm. Tęsknię za nimi, ale czuję też ogromną siłę tego, że prawdopodobnie nigdy ich nie spotkam. Jestem wdzięczna za wszystko, co od nich otrzymałam i mam nadzieję, że oni również skorzystali na mojej obecności.

Bańka alternatywnej rzeczywistości, w której byłam prysła, ale ja pierwszy raz od dawna poczułam, że żyję.

 

[autor: Basia Pomarańska]

 

Dlaczego doceniam trening interpersonalny…

8 kwietnia 2017

Trening interpersonalny to z mojej osobistej perspektywy znaczące rozwojowe doświadczenie osobiste, które chętnie lokuję gdzieś pomiędzy sytuacją edukacyjną a sytuacją terapeutyczną. Jeśli zatem ktoś nie ma wprawdzie jeszcze decyzji (albo nie ma potrzeby) na podjęcie terapii, ale chce naprawdę wejść w kontakt ze sobą, odważniej zajrzeć w siebie i dowiedzieć się głębszej prawdy o sobie i o innych ludziach (a nie tylko uczyć się o tym, jacy ludzie bywają), to trening interpersonalny jest dla niego. Spotkanie osób na treningu interpersonalnym daje szanse na zrealizowanie takich pragnień, bo tworzy czas i przestrzeń do takich poszukiwań. Także – bo jest oparte na szczerości. Na ujawnianiu siebie, wtedy, gdy chcę i w sposób, jaki chcę, ale zawsze zgodnie z tym, czego teraz jestem prawdziwie świadoma. Zaś sytuacja treningowa: bycie Tu i Teraz, mówienie o sobie i słuchanie, gdy inni o sobie mówią, badanie i ujawnianie tego, co między nimi, także klimat, jaki się wytwarza w grupie między jej uczestnikami – pozwala poczuć i usłyszeć siebie i innych. To naprawdę niepowtarzalna okazja.

Z pewnością nie jest to doświadczenie łatwe. Szczególnie może nie być łatwe dla tych, którzy nie mają wprawy w badaniu swoich uczuć, albo boją się uczuć w ogóle, lub unikają odczuwania niektórych z nich; dla tych, którzy w przeszłości doznali urazów w kontaktach z najbliższymi i teraz boją się bliskości; dla tych, którzy w codziennym życiu pragną wprawdzie kontaktów prawdziwie bliskich i szczerych, a jakoś nie udaje im się takich budować. Wszystko to, dobrze wiem, może budzić lęk.

Wzmocnieniem dla tych lękających się być może będzie informacja, że na treningu interpersonalnym najpewniej spotkają do siebie podobnych – tych niepewnych siebie, poszukujących, pragnących zmiany, tęskniących za bliskością, za szczerymi i nie powierzchownymi relacjami, przeżywających trudności w rozmaitych sytuacjach społecznych. I właśnie ta wspólnota uczuć, pragnień i celów uczestników połączona z dbałością trenera, by trening przebiegał w jak najbardziej bezpiecznych warunkach, staje się najlepszą gwarancją, że kończąc trening uczestnicy mogą mieć poczucie przebycia osobiście ważnej dla nich drogi, a jednocześnie poczucie silnej wspólnoty, poczucie bycia zrozumianym i rozumienia innych, poczucie bliskości z innymi, radości z kontaktu i swego rodzaju oczyszczenia i odnowy. Oczywiście każdy będzie to odczuwał po swojemu, będzie doświadczał zmiany o różnym zabarwieniu i natężeniu, ale – jest dla mnie prawie pewne – każdy ten proces poczuje w sobie. Jest dla mnie prawie pewne, bo w ciągu kilkunastu lat uczestniczenia w treningach po obu stronach – jako członek grupy i jako jej trener – spotkałam być może tylko kilka pojedynczych osób, które by kończyły trening z uczuciem zawodu. Nie chcę nikomu dawać gwarancji, że dozna czegoś nadzwyczajnego, że dozna jakiegoś globalnego olśnienia. Jest jednak we mnie pamięć uczestniczenia w wielu naprawdę poruszających procesach osobistego rozwoju i poczucie bycia blisko wielu osobistych mniejszych i większych olśnień i radości. I to właśnie one wciąż na nowo budują moją wiarę w sens organizowania treningów i moje przekonanie, że warto do uczestnictwa w nich zachęcać innych.

[autor: Joanna Kosmala]

Trzy głosy – trzy źródła energii i motywacji do działań

23 marca 2016

Naszą energię życiową możemy uruchamiać na różne sposoby. Po pierwsze motywujemy siebie samych odwołując się do zobowiązań i powinności, mówiąc sobie: „muszę iść do pracy i zarabiać pieniądze”, „powinnam więcej czytać po angielsku i mieć kontakt z językiem”, „muszę wreszcie posprzątać mieszkanie” itd. Uruchamianie siebie poprzez obowiązki, to korzystanie z uwewnętrznionego głosu rodzica (koncepcja Analizy Transakcyjnej Erica Berne’a), który mówi nam, co powinniśmy robić, a czego nie. Rzadko kiedy realizując polecenia głosu „obowiązków” mamy – poza  korzyścią płynącą z wykonania tego, co nam nakazuje – przyjemność z działań. Częściej towarzyszy temu ciężar i zmęczenie, poczucie ze życie upływa nam na trudnych zadaniach, brakuje w nim fantazji.

Możemy też próbować uruchamiać energię życiową poprzez odwoływanie się do swoich potrzeb i pragnień, do głosu wewnętrznego dziecka, które mówi: „chcę…”, „pragnę ….” To głos, który uaktywnia w nas dawno stłumione marzenia, dodaje skrzydeł, choć bywa nietrwały, niewystarczający, żeby marzenie stało się celem.

 

Głos rodzica i dziecka są w częstym konflikcie – kto z nas słysząc rano dźwięk budzika, nie prowadzi ze sobą wewnętrznego dialogu? „Muszę iść do pracy” (rodzic) – „chcę dzisiaj zostać w łóżku i poleniuchować” (dziecko) –   te wewnętrzne przepychanki różnie się kończą – czasami wygrywa dziecko – realizując swoje zachcianki i pragnienia, czując się jednak nierzadko winne tego, że „nie posłuchało” rodzica.   Często to właśnie jego głos dominuje podszepty dziecka i każe nam realizować to co musimy, do czego się zobowiązaliśmy. Zadanie są więc wykonane, ale w nas może pojawić się poczucie krzywdy, niesprawiedliwości, że tak wiele nas omija, a życie jest ciężkim obowiązkiem do spełnienia.

 

Wewnętrzne spory i konflikty zatrzymują nas w miejscu i nie niosą rozwiązania, które byłoby satysfakcjonujące. Wyjściem z tej sytuacji jest próba uruchomienia w sobie trzeciego głosu – dorosłego – i mobilizowanie się do działań w oparciu o energię decyzji. Zamiast wybierać pomiędzy chcę – muszę, mogę świadomie zdecydować co dziś zrobię. Nie oddaję swojego losu w ręce „niesprawiedliwego rodzica” czy „nieokiełznanego dziecka” w sobie, ale korzystam z wolności do wyboru i sama decyduję, jaki działania podejmę. Moc sprawstwa i samodzielności daje energię do życia, pozwala zamieniać obowiązki i marzenie w cele. Tak naprawdę niewiele jest rzeczy na świecie, które naprawdę musimy robić – może poza oddychaniem i ostatecznym odejściem z naszej planety. Reszta jest kwestią naszych decyzji i wzięcia odpowiedzialności za ich konsekwencje.

Czasami wydaje się, że to może bez znaczenia czy powiem sobie: ”muszę”, „chcę”, czy „decyduję” – że to tylko językowy zabieg, niuans bez wpływu na naszą motywację. Proponuję sprawdzić, jak ta drobna zmiana, może wpłynąć na świadomość i na energię, potrzebną do działań.

 

Spróbuj wypisać jak najwięcej zdań zaczynających się od słowa „muszę, powinnam / powinienem…”

Teraz wypisz zdania zaczynające się od „chcę / pragnę…”

Które zdania pisało ci się łatwiej, szybciej, przyjemniej? (ten głos być może jest w tobie bardziej wyraźny). Przeczytaj wszystkie zdania na głos i sprawdź, co się z tobą dzieje, co czujesz, kiedy je czytasz?

Zamień teraz wszystkie zdania zaczynające się od chcę / muszę na zdania, które zaczniesz czasownikiem „decyduję / wybieram…”. Przeczytaj na głos zmienione zdania. Co dzieje się z Tobą teraz? Co czujesz?

 

Zachęcam do eksperymentowania :)

 

Pracę z wewnętrznymi głosami i uruchamianiem energii do działania możecie rozwijać na treningach asertywności, a także na warsztatach opartych o koncepcję Analizy Transakcyjnej Erica Berne’a

 

Jesienne początki…

6 września 2013

Dla mnie wrzesień jest zawsze czasem Nowego, rozpoczynania, planowania, umawiania się ze sobą i podejmowania zobowiązań. Nawet bardziej niż tradycyjnie, w styczniu, wraz  z nadejściem kalendarzowego Nowego Roku, w mojej głowie obowiązuje jesienny, trochę szkolny porządek.

 

Lubię ten czas niezapisanych zeszytów i pachnących świeżą farbą drukarską książek, zapamiętanych z dziecięcych czasów nierozpakowanych kredek, nie wypisanych jeszcze mazaków. Wszystko można zacząć od nowa, wymazać gumką nieudane pomysły i z nową energią ruszyć przed siebie.

Tej jesieni wokół mnie dużo jest nowo narodzonych albo za chwilę mających przyjść na świat dzieci moich przyjaciół. Moje myśli i plany skupiają się teraz najbardziej, właśnie na małych ludziach, ich rozwoju, uczeniu siebie samej i innych tego, jak mądrze stwarzać dzieciom przestrzeń do poznawania siebie i świata. Dla mnie to zawsze jest wielka sztuka – nie odbierać dziecku wolności, indywidualizmu, a jednak stawiać mu granice, potrzebne do stworzenia rozsądnej siatki bezpieczeństwa.

 

Bardzo się cieszę, bo BoWarto rozpoczęło tarabukowe spotkania wokół tematów dziecięcych, zastanawiania się nad mądrym rodzicielstwem, które dla mnie jest chyba w tej chwili największym życiowym wyzwaniem. Myślę zresztą, że wychowanie szczęśliwych dzieci, to  tak naprawdę jedno z największych, nierzadko przyjemnych, jednak bardzo wymagających,  „zadań”.

 

Moje „początki jesienne” to też ciągła praca z nawykami i pędzącym umysłem, nad zatrzymywaniem chwili, doświadczaniem tego co jest, a nie wyglądaniem na to, co za moment nadejdzie. Osiąganie celów, planowanie jest bardzo ważne, ale tylko kiedy umiemy / umiem cieszyć się drogą, po której idziemy, nawet wtedy, gdy wcale nie wiedzie prosto tam, gdzie byśmy chcieli dojść.

Docenić to, co się przydarza, a nie ciągle czekać na to, co ma dopiero przyjść –  to dla mnie wciąż wyzwanie. Nie poddaję się jednak i staram się uczyć tego cudownie prostego oddania się chwili. Nie poddaję się, bo  uczę się przecież codziennie, od najlepszych na świecie nauczycieli cieszenia się tym, co po prostu  jest, czyli – od moich dzieci… :)

 

A Wy jakie macie „jesienne początki?”

 

Wakacje w sobie…

26 lipca 2013

Wakacje kojarzą się nam ze spokojem, albo raczej  z nadzieją na to, że spokój będzie nam podczas wymarzonego wypoczynku towarzyszył. Szukamy idealnych miejsc, warunków, które mają zaoferować nam to, czego nie doświadczyliśmy, albo za czym tęskniliśmy przez  cały rok pracy. Wakacje mają nas nakarmić, nasycić, napełnić nam nadwyrężone akumulatory. Tak dużo po nich się spodziewamy, tak wielkie pokładamy w nich nadzieje, że najczęstszym produktem ubocznym wakacji, jest rozczarowanie. I zmęczenie. Zmęczenie walką, wysiłkiem włożonym w to, żeby dostać właśnie dokładnie to, czego chcemy, co sobie wymyśliliśmy, co musi się wydarzyć. W tej determinacji jest napięcie, które z góry pozbawia nas możliwości oddechu i spokoju. Odbiera nam możliwość przyjęcia tego co się zdarza, niespodziewanych okoliczności, urokliwych niespodzianek i zaskoczeń, które są źródłem radości i odprężenia. Taka postawa usztywnia nas, generuje lęk, że wydarzy się coś, co pokrzyżuje nam nasze misterne plany…

 

Tak bardzo boimy się, że nie uda nam się wystarczająco wypocząć, zrelaksować, zaznać spokoju, że jesteśmy napięci, rozdrażnieni, walczymy za wszelką cenę z okolicznościami, zamiast je przyjąć i spróbować zaakceptować.

 

A spokój i oddech możemy odnaleźć przecież przede wszystkim w sobie – bez względu na to, czy jesteśmy na deszczowej, a nie słonecznej plaży. Piękne miejsca mogą nam w tym pomagać, ale jeśli nosimy w sobie napięcie, żadne, najbardziej urokliwe zakątki, nie złagodzą w nas naszego wewnętrznego głosu. Zanim więc gorączkowo zaczniemy planować wakacje – jakie mają być, gdzie musimy pojechać, żeby się udały(jeśli jeszcze tego nie zrobiliśmy albo z nich wróciliśmy) – zajrzyjmy w głąb siebie i sprawdźmy, czy niezależnie od tego, co się uda z naszych planów , a co umknie naszej kontroli, umiemy cieszyć się tym co po prostu jest.